Mazurskie Wertepy IV
Klebark Wielki, 8-10.11.2002



fot. Wiktor Krzanowski



 

 


fot. Paweł Kos


fot. Daniel Stachurski

 
 
 
 
 


Słowo komentarza...

No ogólnie to nie wygraliśmy, ale zajęliśmy 2 i 3 miejsce. Chyba nieźle (ja jestem z wyniku bardzo zadowolony), ale straty w aucie są poteżne (wojna trwa - straty muszą być)! Zabrakło nam kilku pieczątek, do których nawet nie podchodziliśmy bo padł winch. Zresztą w połowie walki pękła lina i większość trudnych momentów ciągnęliśmy się na dość krótkim jej kawałku. Czułem, ze będzie dobre miejsce jak nic (obstawiałem trzecie), bo wiedziałem co robi  konkurencja i kto już odpuścił, a my ciągle do przodu. Jednym słowem bardzo udany rajd, dużo pięknego i urozmaiconego terenu, więc jestem zatem zadowolony! Straty: urwany amortyzator wraz z mocowaniem, oberwane gumowe błotniki, winch nie kręci i ma urwaną linę.

Wracaliśmy do domu jakieś 10 godzin, bo początkowo ledwo patrzyliśmy na oczy, a o po tym, jak "dałem po poboczu" mój pilot zaklął szpetnie, po czym wysadził mnie sprzed kierownicy. Nie okazał się jednak na dluzszą metę lepszy ode mnie... Cos dodatkowo zaczeło łomotać z tylu, aż w koncu Wojtek zamrugał od tylu światłami, żebym stanął. Opowiadał, że z koła waliło żywym ogniem - to było łożysko koła, a nie jak poprzednio sądziłem łożysko na ataku (zdjęliśmy wal, bo flansza była wykrzywiona). Oczywiście most świecił w ciemności, bo rozgrzał się na końcu do czerwoności i dymił, bo zapalił się torf zalegający na resorze. Było to tuż przed Płońskiem. Miałem zapas więc wymieniłem go na parkingu BP w Płońsku, posilając się przy tym w KFC (ostatnie zdjęcie od Wiktora Krzanowskiego). Tyle, ze półośka była chudsza o parę milimetrów, bo ją skrawanie wykończyło. No i wyszło na to, ze tak się rozgrzała, że stała się plastyczna i półośka się wygięła, wiec koło pracuje teraz niezbyt prosto... W ogóle naprawa była "profesjonalna inaczej", bo obrobiona półoś nie była w stanie dobrze i pewnie trzymać łożyska. Użyliśmy zatem srebrnej taśmy klejącej, którą wypełniliśmy ubytki w metalu (!), a łożysko zabezpieczyliśmy cybantem... W końcu alternatywnie mogliśmy lawetować się do samej Warszawy, ale my byki!

No to i ja chyba powinienem pochwalić kolegę Darka Zapiska, bo na prawdę dużo czasu poświęcił (wraz z kolega Niessnerem) na wydobycie mojego auta na jednej z prób. Wpakowaliśmy się jako pierwsi w spora dziurę (najlepiej widać to na zdjęciach Pawła Kosa), nieco wcześniej budując wspólnie mostek - Suzuka lekka wiec poszła na pierwszy ogień. Niestety dość mocno zaryliśmy i przeciągnąwszy się o metr, winch nie miał siły przepchnąć nas już nawet o milimetr, a dodatkowo stracił ochotę do rozwijania (niemożliwe było zatem zluzowania sprzęgła wyciągarki przy napiętej linie). Potem strzeliła lina od wyciągarki, więc mogliśmy uwolnić się z jej uścisku, ale auto było juz mocno schowane w ziemi. Kolega Darek ustawił więc swój pojazd tak, aby użyć swojej nowej wyciągarki X10, ale tylko sunął się w naszym kierunku zamiast choć o centymetr ruszyć nas z pułapki... Generalnie stracił na nas ze trzy godziny, gdy mozolnie kopaliśmy górę błota i darni przed autem, a on ściągał nas w swoim kierunku. W tym czasie powinien już być w bazie, gdzie miał reperować wymielony most załogi Morawczynski/Niessner, ale nie zostawił nas samych z problemem. Bardzo mu za to dziękuję, bo dzięki jego pomocy mogliśmy się z tej dziury wydobyć, naprawić pokrzywione drążki i ruszyć dalej. Oczywiście ma u mnie krupniak na rozgrzewkę przy najbliższym spotkaniu!


stachurski.daniel@lumena.com