Jak mawiaja amerykanie "be prepared", czyli... zawsze miej w odwodzie klegów!!

Ostatnio pisałem o tym, jak doszło do kupienia Samurai’a. Pisałem też, że dotychczasowe wyjazdy, seryjnie wyposażonym samochodem, należą do „delikatnych”.  Jest tak dlatego, ponieważ w niektórych sytuacjach zachodzi obawa, że pojazd nie przejedzie przez trudniejszy teren. Nasze półroczne doświadczenie wskazuje na to, że auto wymaga doposażenia. Wyprawy realizowane razem ze znajomymi pozwalały na jeżdżenie seryjnym autem – zawsze ktoś nas wcześniej czy poźniej wyciągnał z opresji. Czasami jednak jeździmy sami i niestety zdażyły nam się dwie przygody, które kazały się zastanowić nad dodatkowym wyposażeniem. Dygresja – to co tutaj opisuję nie jest przeznaczone dla rasowych terenowców, ale dla tych którzy tak jak my kupią samochód terenowy ze standardowym wyposażeniem, sami posiadają mizerne doświadczenie (też tak jak my :-)), ale chcą zacząć jeździć. Może tacy z Was znajdą coś, co pomoże uniknąć kilku niespodzianek, jakie nas spotkały.

Jedna zdażyła się w Bożonarodzeniowy poranek, gdy w drodze do Rodziny, niesieni ułańską fantazją, postanowiliśmy okrążyć warszawski Las Kabacki (dla wtajemniczonych – droga z Kabat na Mokotów, gdzie jechaliśmy docelowo, jest w przeciwnym kierunku :-) ). W tym czasie zalegały w Warszawie duże ilości śniegu i dało nam się to we znaki. Tereny wokół Lasu były przykryte grubą warstwą nawianego śniegu. Udało nam się przejechać kilkaset metrów, ale w pewnym momencie zebraliśmy przed i pod sobą tyle śniegu, że dalej nie dało się jechać. Koła boksowały w miejscu i bardzo szybko wyślizgaliśmy 4 małe lodowiska. Dodam, że jeździmy na oponach szosowych, Bridgestone Dueler 205/70/R15 – idealne w terenie :-)...... . Jasne jest, że wyżej opisana sytuacja mogła się rownież wydarzyć gdybyśmy mieli porządne opony, ale mogłoby być też tak, że przejechalibyśmy dłuższy odcinek, co pozwoliłoby na dotarcie do lepszej drogi (nam zabrakło 30 metrów). W każdym razie droga, która w lecie zabiera 30 minut, zajęła nam ponad 3 godziny. Wycofując się, najbardziej zasypany 10 metrowy odcinek, pokonywaliśmy przez godzinę. Zanim do tego doszło, 2 godziny poświęciliśmy na odkopanie samochodu i podłożenie gałęzi pod koła. Prawdopodobnie nic by z tego, nie było, gdyby nie otrzymana właśnie w prezencie łopata (istotny element wyposażenia, o którym warto pamiętać).

Kolejna przygoda miała miejsce na wiosnę (przez zimę wyposażenie samochodu nie uległo zmianie). Wybraliśmy się pod Warszawę, w okolice Otwocka. Dla odmiany były to Święta Wielkanocne....... Z założenie wyjazd miał być łatwy, lekki i przyjemny. W planie było odwiedzenie jakiejś łąki w lesie i sprawdzenie, czy jest już wiosna. W południe osiągnęliśmy skraj lasu. Potem jadąc drogą gruntową pokonywaliśmy ogromne kałuże i w końcu dotarliśmy na łąki. Około 14.00 postanowiliśmy jechać do domu, ale inną drogą. Ujechaliśmy około 1 KM i zaczęło się robić coraz bardziej grzązko. Opony się ślizgały i zakopywaliśmy się co kilka metrów. Z każdym razem udawało się wyjechać na reduktorze, aż .......wtopiliśmy na dobre. Przed nami znów brakowało około 20-30 metrów do dobrej drogi :-). Samochód osiadał coraz bardziej. W końcu brodziłem wokół niego w błocie i wodzie, które sięgały osi. Próby odkopywania nie dawały rezultatu, ponieważ wszystko było momentalnie zalewane szlamem. Poczynając od ubrań, znowu byliśmy do tego kompletnie nie przygotowani.......miało być delikatnie. Nie mając hi-liftahi-lift używaliśmy zwykłego podnośnika, aby choć na chwile podnieść pojazd i podłożyć gałęzie pod koła (tragedia  :-)). Walka była dość beznadziejna i trwała, aż do 18.00. Po 4 godzinach daliśmy spokój i porzucając samochód poszliśmy do najbliższej wsi a następnie zadzwoniliśmy po znajomego. O 19.30 jechaliśmy z powrotem po nasz samochód, Samurai’em Wojtka. Z uznaniem pokonywał naszą poranną trasę (jego pojazd jest lepiej wyposażony, a i doświadczenie w jeździe terenowej ma większe) i po dojechaniu do naszego Samurai’a stwierdził, że droga jest warta miana odcinka rajdowego i pokonanie jej naszym „surowym” Suzuki to wyzwanie. Zaczęło się wyciąganie. Na szczęście Wojtek miał porządną , elastyczną linę. Około 20.30 udało się uwolnić Suzuki. Od wtopienia minęło 6.5 godziny......w domu byliśmy po 22.00 i wyszły na jaw dwie niemiłe niespodzianki. Zeszło powietrze z przedniej opony – dobrze, że tylko rozszczelniła się przy feldze. Początkowo myślałem, że jedna z gałęzi przebiła bok opony. Już jedną w ten sposób straciłem. Gdyby były terenowe, wzmacniane z boku itd.......eh.

Druga niespodzianka była dużo gorsza – przy przejeżdżaniu przez jedną z kałuż uderzyliśmy w coś, co „zaowocowało” 3 centymetrową dziurą w przednim moście (kosztowało nas to prawie 1000 pln). Brak osłon, płyt bywa kosztowny.

W ten sposób, dość dotkliwy, przekonaliśmy się, że dalsza jazda bez kupna kilku rzeczy nie ma sensu. Jak już wspominałem, posiadamy już łopatę (trochę mało), a na pewno musimy jeszcze kupić (w kolejności zakupów/przeróbek):

- elastyczną linę
- opony terenowe
- high-lift i związane z tym progi
- osłony na elementy podwozia

Najważniejsze z tych rzeczy to opony. Pytanie – jakie i za ile? Za jakiś czas opiszę nasze przymiarki do opon.

Marcin